piątek, 27 maja 2011

Japońska wycieczka czyli jedno zdjęcie na kilometr

Jestem więc, przeglądam zdjęcia, próbując pozbierać myśli, uporządkować wspomnienia i... nie wiem, od czego zacząć. Przejechaliśmy ponad 3000 km, przywieźliśmy blisko 3 tysiące zdjęć ;-) Pięknie, przepięknie, ale - za szybko! Nasz urlop przypominał japońską wycieczkę: być wszędzie, zobaczyć wszystko, jazda obowiązkowa, jeszcze parę fotek i - lecimy dalej!... 
Było tego tak dużo, że obrazy wirują pod moimi powiekami jak w kalejdoskopie ;-) A ja nie chciałam powierzchownie, chciałam dotknąć, poczuć, posmakować, odetchnąć tamtą atmosferą... 
Trudno było się jednak oprzeć kategorycznym "musicie to zobaczyć!" naszych przeuroczych, megagościnnych gospodarzy-przewodników ;-)    
Zacznijmy więc od Irlandii.
Hrabstwo Kerry, półwysep Dingle. Kraina o magicznym uroku, jak z bajki o hobbitach. Rześkie powietrze i słońce na przemian z deszczem, chmury otulające szczyty i spienione fale oceanu rozbijające się o skały. Na początku naszej wycieczki krzyczałam z zachwytu na każdym kroku ;-) Ale czy dziwicie mi się, skoro góry i ocean tworzyły takie obrazki?
Droga przez przełęcz Conor Pass nie ma sobie równych, jeśli chodzi o zrobienie wrażenia na początek ;-) Jest tak wąska i kręta, że miejscami z trudem przeciska się samochód, za to widoki zapierają dech w piersiach.
Maj jest najlepszą porą na zwiedzanie: nie ma jeszcze najazdu turystów, za to są słodziuchne jagnięta na soczystozielonych łąkach i burza kwiatów.
Jeździliśmy drogą nad oceanem, szlakiem prehistorycznych fortów, chatek w kształcie okrągłych uli, kamiennych domków, przystawaliśmy przy ruinach kapliczek i kamiennych krzyżach celtyckich, wygładzonych przez  wiatr i deszcz podczas stuleci. Czas tam zwolnił... 
Zapuszczaliśmy się wgłąb półwyspu, jeżdżąc drogami wytyczonymi przez murki obrośnięte żywopłotami z fuksji i janowców, tak wąskimi, że odruchowo wciągałam brzuch ;-)) Drożyny owe były jak najbardziej dwukierunkowe, a dopuszczalna prędkość 80 km/h.  
Odwiedziliśmy cztery plaże, na żadnej nie zrobiliśmy pikniku ;-( Zrobiliśmy za to sporo zdjęć.
Strome klifowe wybrzeże, upstrzone kępkami kwiatów, niesamowite formacje skalne, jaskinie, plaże piaszczyste lub kamieniste - do wyboru, do koloru. Każda urocza. 
Kerry-Marta pytała, czy wciąż żyje w Zatoce Dingle delfin - owszem, jest delfin Fungie... choć nie ma pewności, czy wciąż ten sam ;-) A w oceanarium w Dingle atrakcją są prześmieszne pingwiny, obserwujące ludzi z dużym zaciekawieniem ;-)
Ale o Dingle będzie następny post - i może o czymś jeszcze...
Ściskam czule!  


PS
Wiem, że zdjęcia nie oddają...  Nie tknęłam ich Photoshopem, ale jeśli klikniecie na nie - powiększą się i naprawdę zyskają ;-)

niedziela, 15 maja 2011

Friday the 13th

Nie ulegam triskaidekafobii* - w piątek trzynastego lecę na Szmaragdową Wyspę, na wyczekane wakacje! 
Co prawda nie będą aż tak szalone, jak wakacje Hannah Une-Femme ;-))) Spędzimy tydzień w Kerry, najbardziej malowniczym i urzekającym regionie Irlandii, potem kilka dni we Francji i... to się jeszcze zobaczy ;-)

Mam zamiar nasycić oczy i duszę urokami krajobrazów, poczuć atmosferę tych miejsc, posmakować kuchni i posłuchać tradycyjnej muzyki, a przede wszystkim  zrobić milion zdjęć! 

Nie, przede wszystkim chcę się przytulić do mojego Mężczyzny ;-))
Zdjęcia zrobione przez Padre, onegdaj.

Ściskam czule i do zobaczenia po powrocie...
Féach tú ann!   

* Triskaidekafobia (gr. triskaídeka - 13, phóbos - strach, lęk) – lęk przed liczbą trzynaście, irracjonalna wiara, że liczba ta przynosi pecha.



piątek, 6 maja 2011

Koegzystencja

Spodziewałam się, że mieszkając na wsi będę dzielić chałupę z rożnymi - przeróżnymi zwierzakami: pająkami, muchami i komarami (wcale się wzajemnie nie wykluczają)...
Ba! chciałam mieć zwierząt jak najwięcej! Kozy, koty, kaczki i... koń!  
4 x K!
Oczywiście życie zweryfikowało moje marzenia. Koty, owszem. Poza tym ślimaki i jeże w ogrodzie, a wróble pod powałą ;-) Ptaszki szybko zwietrzyły, że jest fajne lokum i dawaj - robić dziury w podbitce! Wkrótce moją przestrzeń dachową zamieszkiwało multum wróblich rodzin, które trudno było wyeksmitować - bo albo miały młode, albo właśnie szła zima... a  przecież wróblowi mazurkowi grozi wyginięcie, więc jakże bym mogła ;-)) 
Część wróblich dziurek zajęły sprytne szpaki. 
A więc na górze wróble, a na dole... myszki ;-) najpierw dokarmiane przeze mnie orzeszkami, serkiem i ziarnem, potem próbujące zjeść mnie jak króla Popiela... pogryzły nawet leki z apteczki ;-)
I wszyscy - szurum-burum - szurgotali na poddaszu po nocach. 
Aż nagle zrobiło się cicho. To wprowadzili się nowi lokatorzy: kuny. Ślicznotki ;-) Nie zagrzeją przy nich miejsca myszy ani ptaki. Podbierają jajka u sąsiadki i przynoszą pod mój dach, żeby w spokoju skonsumować, często znajduję skorupki wokół domu. Tupią w nocy, a ich siuśki śmierdzą ostro lisim moczem...
Zdjęcia stąd
Są pod ochroną.  
Podobno... skutecznie odstrasza je zapach tygrysiej kupy...;-)
I teraz jest tak: leżę w łóżku, obok mnie Kremówka cichutko posapuje przez sen albo wyłożona brzuchem do góry chrapie głośno. Nad głową harcują kuny, robiąc tyle hałasu co stado tygrysów. Z czasem po kolei złazi się reszta zwierzyńca, żeby się przytulić... a ja przesuwam się na skraj łóżka. Wsłuchuję się w rytm drobnych kunich kroczków i zasypiam... Pełna koegzystencja ;-)
Ściskam czule na dobranoc ;-)

poniedziałek, 2 maja 2011

Święto Lenistwa

Wczoraj, w dniu Święta Pracy, zrobiłam sobie Święto Lenistwa ;-)
Po tygodniu pełnym prywatnych kłopotów i wyzwań w pracy sama sobie udzieliłam dyspensy...   
Do południa w szlafroku ;-) Herbatka, kawka, tosty... wszystko na ławeczce przy wschodniej ścianie chałupy, skąpanej od rana w świetle słońca.
  
Zrobiłam 182 zdjęcia i będę Was teraz nimi katować ;-)   
Opadły płatki z drzewek wiśni, ale jabłonki są w rozkwicie.
To stara zdziczała jabłonka u mojej sąsiadki Stefanii
Dla Matrixa każdy dzień jest Świętem Lenia ;-))
Panienki nie mogą próżnować. Trzeba pomagać w pracach ogrodniczych i pilnować kości, bo rywalka czuwa...
A tak Szyszunia rozładowuje frustrację, gdy przegra z Kremówką w rywalizacji o zabawkę;-)
Niebo było cały dzień błękitne, słońce świeciło, przyroda buchała kolorami i zapachami... było leniwie i błogo, a teraz Was pewnie zamęczyłam...
Nie martwcie się, dzisiaj od rana tyrałam w ogródku i nie w głowie mi było robienie nowych zdjęć ;-) Zresztą, efekty tych prac nie były zbyt fotogeniczne, co innego TO: 
  
Takie pudełko na przyprawy machnęłam sobie w ramach przerywnika w leniuchowaniu. Może go jeszcze bardziej postarzę?
Ściskam Was czule, moje cierpliwe czytelniczki ;-) 

AKTUALIZACJA: 
zdjęcia robione dzisiaj, 3 maja, w samo południe ;-((