Wysiadłam z samolotu i od razu wyciągałam ortalion z walizki - irlandzka pogoda nie zawiodła ;-) Padre zadzwonił, że się spóźni - nie może zaparkować - grzecznie stałam w deszczu i chciało mi się skakać z radości! ;-) Tyle razy lądowałam w Dublinie i nigdy nie miałam okazji zwiedzić tego miasta. Czas już więc był na nadrobienie zaległości. Oczywiście za chwilę wyszło słońce ;-)
Pokażę Wam trochę zdjęć z okolic portu nad rzeką Liffey. Padre wlókł mnie trzymając za rękę, a ja strzelałam w biegu fotki "z biodra" czyli ściślej mówiąc - z okolic ramienia ;-) Chwila na dublińskiej ulicy...
Archaiczna irlandzka nazwa okolic miasta – Dúbh Linn (oznaczająca "Czarny Staw") – została przez stulecia zangielszczona do współczesnej postaci: Dublin. Natomiast współczesna irlandzka nazwa Baile Átha Cliath oznacza "Miasto Brodu z Trzcinowymi Płotami". To za Wikipedią, ale zamieszczam, bo nie wiedziałam dotąd, a bardzo mi się spodobało ;-) Uwielbiam język irlandzki, jest taki... elficki ;-)
Stare łączy się z nowym - bez zadęcia.
Irlandzkie dziewczęta ;-)
Pomału wracamy w stronę portu... i do auta. Jeszcze tylko godzina w korku - jest piątkowe popołudnie - i w drogę!
Szczerze mówiąc nie wiem, skąd będzie następny odcinek... ;-)
Ściskam czule skądbądź!
U progu jesieni życia odbiło nam. Sprzedaliśmy nasz mały, biały, wygodny domek i kupiliśmy ruderę na Pogórzu Izerskim. W dodatku jesteśmy przekonani, że była to najlepsza decyzja naszego życia.
piątek, 3 czerwca 2011
środa, 1 czerwca 2011
Z miłości i rozpaczy
Dzisiaj zabieram Was do Killarney, jednak nie do miasta - nastawionego na turystów, pełnego hoteli, sklepów i restauracji - ale do Parku Narodowego Killarney.
Obejmujący 100 km2 obszar jest niezwykły, unikatowy i - po prostu piękny. Przed zdewastowaniem przez lokalnych landlordów uchronił go bogaty Amerykanin, który zakupił go dla ukochanej córki Maud i pieczołowicie odrestaurował. Po jej śmierci zrozpaczony mąż i rodzice przekazali posiadłość w darze Wolnemu Państwu Irlandzkiemu. Ich gest pozwolił nam zachwycać się tym zakątkiem teraz.
Park rozciąga się od przedmieścia Killarney aż do wysokich partii gór. Od zadbanych trawników i rabatek po dzikie zakątki, gdzie żyją jelenie i rosną prastare dęby. Ta część, po której wędrowaliśmy, przypominała prehistoryczny las, porośnięty rododendronami i paprociami wyrastającymi wprost z konarów kilkusetletnich drzew. Słońce ledwie przesączało się przez gęstwinę liści.
Trochę brak mi słów, aby opisać urok i niezwykłą urodę tych okolic... spędziliśmy tam cały dzień, choć przewodniki przewidują na cały Ring of Kerry - trasę widokową - 4 godziny autem... Ale to i tak za mało! Już wiemy, że musimy tam wrócić, żeby zobaczyć coś naprawdę... Chcemy przejść ten region z plecakami i namiotem, zanurzyć się w nim i nieśpiesznie obejrzeć z bliska to, co zaliczyliśmy podczas "jazdy obowiązkowej" ;-)
Zamek Ross (Ross Castle) – XIV-wieczna obronna wieża mieszkalna.
Rezydencja Muckross (Muckross House) – XIX-wieczna posiadłość w stylu elżbietańskim.
Opactwo Muckross Abbey – franciszkański klasztor z połowy XV w. Ogromny cis wypełnia całą przestrzeń wewnętrznego dziedzińca, mury trwają, a drzewo rośnie tam od setek lat...
Cichy cmentarz przy klasztorze jest miejscem pochówku przywódców klanowych i poetów irlandzkich, mnie jak zwykle zauroczyły kamienne nagrobki i krzyże celtyckie.
Wodospad Torc. Ma zaledwie 18 m wysokości, takiemu wodospadowi Kamieńczyka, na przykład, do pięt nie dorasta, ale położony jest malowniczo ;-)
Pocztówkowe widoczki zmuszały nas do zatrzymania samochodu.
Widok z drogi na jeziora Killarney - kolejny przystanek obowiązkowy na trasie widokowej Ring of Kerry. Popatrzyliśmy z daleka, powzdychaliśmy, postanowiliśmy że tam dotrzemy ;-)
Uff... chyba dzisiaj przesadziłam, boję się że Blogger pęknie... pomijam, że klecę tego posta trzeci dzień ;-) A tyle jeszcze do pokazania... będzie ;-)
Ściskam czule!
Obejmujący 100 km2 obszar jest niezwykły, unikatowy i - po prostu piękny. Przed zdewastowaniem przez lokalnych landlordów uchronił go bogaty Amerykanin, który zakupił go dla ukochanej córki Maud i pieczołowicie odrestaurował. Po jej śmierci zrozpaczony mąż i rodzice przekazali posiadłość w darze Wolnemu Państwu Irlandzkiemu. Ich gest pozwolił nam zachwycać się tym zakątkiem teraz.
Park rozciąga się od przedmieścia Killarney aż do wysokich partii gór. Od zadbanych trawników i rabatek po dzikie zakątki, gdzie żyją jelenie i rosną prastare dęby. Ta część, po której wędrowaliśmy, przypominała prehistoryczny las, porośnięty rododendronami i paprociami wyrastającymi wprost z konarów kilkusetletnich drzew. Słońce ledwie przesączało się przez gęstwinę liści.
Trochę brak mi słów, aby opisać urok i niezwykłą urodę tych okolic... spędziliśmy tam cały dzień, choć przewodniki przewidują na cały Ring of Kerry - trasę widokową - 4 godziny autem... Ale to i tak za mało! Już wiemy, że musimy tam wrócić, żeby zobaczyć coś naprawdę... Chcemy przejść ten region z plecakami i namiotem, zanurzyć się w nim i nieśpiesznie obejrzeć z bliska to, co zaliczyliśmy podczas "jazdy obowiązkowej" ;-)
Zamek Ross (Ross Castle) – XIV-wieczna obronna wieża mieszkalna.
Rezydencja Muckross (Muckross House) – XIX-wieczna posiadłość w stylu elżbietańskim.
Opactwo Muckross Abbey – franciszkański klasztor z połowy XV w. Ogromny cis wypełnia całą przestrzeń wewnętrznego dziedzińca, mury trwają, a drzewo rośnie tam od setek lat...
Cichy cmentarz przy klasztorze jest miejscem pochówku przywódców klanowych i poetów irlandzkich, mnie jak zwykle zauroczyły kamienne nagrobki i krzyże celtyckie.
Wodospad Torc. Ma zaledwie 18 m wysokości, takiemu wodospadowi Kamieńczyka, na przykład, do pięt nie dorasta, ale położony jest malowniczo ;-)
Pocztówkowe widoczki zmuszały nas do zatrzymania samochodu.
Widok z drogi na jeziora Killarney - kolejny przystanek obowiązkowy na trasie widokowej Ring of Kerry. Popatrzyliśmy z daleka, powzdychaliśmy, postanowiliśmy że tam dotrzemy ;-)
Uff... chyba dzisiaj przesadziłam, boję się że Blogger pęknie... pomijam, że klecę tego posta trzeci dzień ;-) A tyle jeszcze do pokazania... będzie ;-)
Ściskam czule!
Subskrybuj:
Posty (Atom)