niedziela, 12 czerwca 2011

Normandia z przypadku

Plan był taki: wysiadamy z promu wypoczęci po 20 godzinach przymusowego odpoczynku i lecimy autostradą, ile się da najdalej. Wg wyliczeń komputerowych padło na miasto Rouen, o którym nie wiedzieliśmy nic, poza garścią informacji z netu: gotycka katedra, Pałac Sprawiedliwości, kościoły i domy z XV wieku... Zameldujemy się w hotelu i jeszcze polecimy coś obejrzeć - postanowiliśmy. 
A potem GPS przestał gadać... Niby wyświetlał trasę, ale komu chciałoby się patrzeć na ekran? 
No to jedziemy 'na azymut' (mapy nie mamy żadnej, no bo przecież jest GPS) ;-)
I tak, zamiast żywopłotów migających wzdłuż autostrady, objawiło nam się TO:
Jeśli Kerry było z bajki o hobbitach, to normandzkie miasteczka żywcem wyjęte z bajek o królewnach, krasnoludkach i dzielnych rycerzach ;-)
Do Rouen dotarliśmy nocą... Nie przeczuwając niczego, na krótką przechadzkę nie braliśmy aparatu, tymczasem zaraz za rogiem objawiła nam się imponująco oświetlona katedra Notre Dame, a parę kroków dalej zatopiliśmy się w gąszcz wąskich uliczek, czarujących kamieniczek z murem pruskim, zapraszających kawiarenek i pubów, niektórych dość specyficznych ;-) Nastrojowy półmrok, podświetlone detale, zachwycające dekoracje i ta atmosfera! Zrobiliśmy sobie "tour de bar" i udało nam się nie zgubić w labiryncie przejść i przesmyków... 
A następnego dnia o poranku naprawiliśmy swój błąd i popędziliśmy robić zdjęcia! Nie był to już ten sam nastrój, ale jednak... urok pozostał ;-) 
No i znowu postanowiliśmy: musimy tu wrócić!
Wybaczcie mi, że tak cedzę te wspomnienia, ale trochę się ostatnio nie wyrabiam... ;-) 
Ściskam Was czule! 

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Pożegnanie z Irlandią

Właściwie ten post miał być już z Francji... ileż można o tej Zielonej Wyspie? ;-)
Ale zapałałam miłością do tych malowniczych krajobrazów, do rześkiego powietrza, przestrzeni, gór i poprzecinanych siatką kamiennych murków i żywopłotów zielonych, bezkresnych łąk...  tak trudno je pożegnać...
Trochę też dlatego, by odetchnąć po zatłoczonych ulicach Dublina... tym bardziej, że przed nami miasteczka i miasta Francji. 
Spójrzcie na zdjęcia Padre z jego wielkanocnej wyprawy na Slieve Binnian w Górach Mourne. 
Północna część wyspy jest zupełnie inna od jej południowego skraju. Granitowe skały, surowe i puste, poprzecinane łatami torfowisk i porośnięte kępami wrzosowisk, roztaczają swój szorstki urok. Niezrównane widoki wynagradzają trud wspięcia się na szczyt - o ile nie spowijają go chmury ;-) Pogoda bywa równie kapryśna, co na południu wyspy, choć ja zawsze miałam do niej szczęście. Taka właśnie Irlandia zauroczyła mnie kiedyś i stała się uosobieniem moich marzeń o tym kraju. 
 
 I choć byłam tam już nie raz, to dopiero w Kerry uległam całkowicie tej magii...
 
 
 
Zachód słońca...
A jednak Góry Mourne na zawsze pozostaną w moim sercu... gdyż to właśnie w ich romantycznej scenerii Padre poprosił mnie o rękę ;-))
...i brzask ze Slieve Binnian.

 Ściskam czule!