wtorek, 15 października 2013

Pierwsza noc

...w Domu już za nami. Było romantycznie, przy świecach (bynajmniej nie dlatego, że nie mamy prądu), ciepło i przytulnie, piliśmy porto i zakąszaliśmy świeżymi figami prosto z Bułgarii i boskim cheddarem na guinnessie ;)
Cały dzień sprzątałam i udało mi się odgruzować JEDEN pokój. Bez mycia okien, bo na szczęście okazały się całkiem przyzwoitej czystości ;) Za to z omiataniem kilkuletnich pajęczyn i wyrzucaniem niezliczonych worków pozostałości po poprzednim lokatorze, włącznie ze zmurszałą kanapą, przez wąskie, bo z słupkiem pośrodku, okno.
No i teraz mamy taki apartamet ;)
Padre usiłował uruchomić / oczyścić studnię, ale niestety wciąż nie mamy wody. Była mocno zanieczyszczona, trzeba było wypompować jej zawartość po dwakroć, a i tak będzie konieczne wypompowanie jeszcze kilka razy. Studnia wygląda na bardzo starą, co najmniej z połowy XIX wieku - wykuta w skalnym podłożu, zbudowana z kamienia spoinowanego gliną, spód cembrowiny jest z belek drewnianych.


Za to mamy lodówkę ekologiczną, w pełni energooszczędną ;) wystarczy wyjść na korytarz. Zimą będzie tu zamrażarka.


Pomału przekopujemy się przez pokłady historyczne. Większość to śmieci, ale nawet wśród śmieci prawdziwi zbieracze mogą znaleźć coś pięknego ;)
jest cały zbiór ramek sudeckich
cudne monidło ;)
resztki kafli z korony pieca... szkoda, że nie ma więcej ;(
Zachody i wschody słońca zawiodły całkowicie. Wieczorem i przed świtem padał deszcz, a poranek przywitał nas spowity mgłą. Ciepły, wilgotny, miękki i tajemniczy, absolutnie cichy. Bez krztyny słońca, a jednak uroczy...

W pokoju obok naszego lokum stoi taki fajny mały piecyk, "ramiak" - zobaczcie jaki mały w porównaniu z drzwiami. Tym piecykiem grzejemy przestrzeń, a ciepełko dochodzi do nas rurą dymową. Palimy w nim, czym popadnie - drewna jest mnóstwo ;)
...na przykład taki nocnikowy stołeczek...
W ogóle dom jest obliczony na kurdupli. Parapety od strony frontowej są wprost stworzone dla panienek, aby mogły kontrolować wjazd. Biedny Padre co i rusz strzela się czółkiem w niskie belki albo ościeżnice (ja mam zdecydowanie łatwiej). A już zupełnie absurdalne są drzwi wysokości 140 czy 150 cm w zestawieniu ze stołami, których blaty sięgają nam pod brody.
Ale co najważniejsze - znaleźliśmy wyrytą na podmurówce stodoły datę: 1876. To musi być rok rozbudowy... sądząc z konstrukcji część mieszkalna była przebudowywana, najstarsza - ta najbardziej zniszczona - jest obora, a stodoła dobudowana najpóźniej. Tak przynajmniej podejrzewamy. Może uda nam się dotrzeć do jakichś dokumentów?

Tak wygląda Dom od tyłu w scenerii jesiennej - widok na stodołę i zawaloną oborę.
A tak - Izery pochmurnym popołudniem.
Bywają chwile, że jesteśmy przerażeni. Ale częściej zachwyceni.
Ściskamy czule wspierających nas w szaleństwie ;)


czwartek, 10 października 2013

Klucz

To nie tak miało być. Do notariusza dojechaliśmy pół godziny spóźnieni, bo przed samym wyjazdem auto się zepsuło i musieliśmy się przepakować do kombi, na autostradzie był wypadek i staliśmy w korku... w dodatku po drodze mieliśmy odebrać pieniądze z banku - musiała być gotówka, bo przecież 13 spadkobierców i musieli się od razu podzielić. Nastrój skutecznie zepsuły mi alarmowe telefony z firmy i od szefa. Odczytywanie aktu notarialnego, który miał 13 stron trwało wieki, bo co akapit powtarzało się 13 nazwisk - każde poprzedzone dwojgiem imion - jak mantra...
W rezultacie dojechaliśmy do R. po zmroku. Wielkim kluczem z trudem otworzyliśmy drzwi. Owionął nas chłód i zapach stęchlizny. Światło nie działało, więc przy świetle reflektorów samochodu otworzyliśmy szampana, wypiliśmy po łyku, pokropiliśmy ściany Domu i kamienną płytę przed wejściem. Wyładowaliśmy po ciemku klamoty i trzeba było lecieć z powrotem. Obiecaliśmy mu, że niedługo wrócimy. W weekend planujemy wielkie sprzątanie i ogarnianie. Wyrzucimy śmieci. Umyjemy okna, zawiesimy firanki. Uruchomimy pompę w studni. Sprawdzimy, czy działają piece. Zobaczymy, jakie są tam wschody i zachody słońca. I zrobimy pewnie z milion zdjęć ;)
(???) - Padre wyraża wątpliwość, czy podołamy... 

niedziela, 15 września 2013

Minął...

I pomyśleć, że jeszcze parę dni temu mieliśmy nad głową niebo tak niebieskie, że aż kiczowate... A co gorsza, właśnie mijają ostatnie godziny mojego urlopu, kompletnie odjechanego, i to nie z powodu wrażeń. No, ale jeśli są jakieś priorytety, to sprzedaż Małego Białego i zakup Dużej Rudery są na pierwszym miejscu, przed wypoczynkiem. No przecież ;)
Podczas tych paru dni wakacji rozkminialiśmy Izery, najpierw po czeskiej stronie, potem - korzystając trochę z gościny dzieci - po polskiej.
Bardzo nam się w Czechach podobało. Szlaki piękne i puste, piwo tanie i smaczne, grzyby w wielkiej obfitości, a z okna naszej kwatery mieliśmy taki widok:
No i obowiązkowo był 'smažený sýr'! Tęskniłam za nim;)
Wszystkie, absolutnie wszystkie okna we wsi miały takie same obróbki. Śliczne.
Trochę daliśmy sobie w kość, kondycja nam niestety podupadła ;) Każdego dnia wracaliśmy bez sił i wydawało nam się, że nie wstaniemy dnia następnego. A jednak... szliśmy znowu ;) Biedna Sorshynia też miała dość (w końcu w tym roku kończy 10 lat), tylko młoda była nie do zajechania. 
 Goryczka trojeściowa; jest o wiele bardziej szafirowa, niż na zdjęciu
 Pierwsze ślady jesieni
 Granicznik
 'Domy graniczne' w stylu sudeckim na granicy polsko-czeskiej, obok schroniska Orle - wybudowane przez Niemców w latach 30-tych
 Schronisko Orle, na miejscu dawnej leśniczówki, będącej pozostałością po XVIII-XIX-wiecznej hucie szkła - kontrowersyjna architektura i niespecjalnie uprzejma (a może po prostu zmęczona) obsługa
Wstawaliśmy nawet na wschody słońca.
Za to w ramach rekompensaty wjechaliśmy sobie gondolą na Stóg Izerski. A co! Jakieś 20 lat temu moja 3-letnia wówczas córeczka wdreptała ze mną tam i z powrotem na własnych nóżkach... więc już mamy go zaliczonego ;) a teraz napawamy się zdobyczami cywilizacji ;)) 
Wciąż jeszcze widać ślady katastrofy ekologicznej z lat 80-tych, ale nowe nasadzenia pięknie się rozrastają i uzupełniają ubytki.
Na szlakach spotykaliśmy mnóstwo starszych ludzi, głównie Czechów i Niemców, niektórzy z laseczkami, z reklamówkami... i wszyscy uśmiechnięci, serdeczni. Polska młodzież... cóż, akurat oni najrzadziej pozdrawiają się na szlaku. Szkoda... to taka fajna tradycja, powinno się ją kultywować. W górach jest jednak inaczej, człowiek uśmiecha się do człowieka, życzliwość jest normą.
A co tam na nizinach? Nasz MaŁy Biały okazał się bestsellerem i natychmiast znalazł kupca. Oni są zachwyceni nim, a my - nimi ;) Kiedy mieli przyjechać go obejrzeć - byli pierwszymi - w panice ogarniając chałupkę przypominałam sobie rady Matki-Rzeźbiarki: czysto na błysk, zapach pieczonego ciasta... Akurat pakowaliśmy się na wakacje, rozpirz był po całym domu, i absolutnie żadnych domowych wypieków (zrekompensowałam to przy kolejnej wizycie)... a jednak. Biorą go! 
Cóż z tego, że rzesze potencjalnych kupców, już zachęcane błyskiem i zapachami świeżo pieczonego chleba, chcą nas podkupić. Spóźnili się. Domek pójdzie w dobre ręce ;) 
No a jutro wracam do roboty. Pfff...trzymajcie za mnie kciuki, boję się co tam na mnie czeka...
Ściskam czule ;)