Nie ulegam triskaidekafobii* - w piątek trzynastego lecę na Szmaragdową Wyspę, na wyczekane wakacje!
Co prawda nie będą aż tak szalone, jak wakacje Hannah Une-Femme ;-))) Spędzimy tydzień w Kerry, najbardziej malowniczym i urzekającym regionie Irlandii, potem kilka dni we Francji i... to się jeszcze zobaczy ;-)
Mam zamiar nasycić oczy i duszę urokami krajobrazów, poczuć atmosferę tych miejsc, posmakować kuchni i posłuchać tradycyjnej muzyki, a przede wszystkim zrobić milion zdjęć!
Nie, przede wszystkim chcę się przytulić do mojego Mężczyzny ;-))
Zdjęcia zrobione przez Padre, onegdaj.
Ściskam czule i do zobaczenia po powrocie...
Féach tú ann!
* Triskaidekafobia (gr. triskaídeka - 13, phóbos - strach, lęk) – lęk przed liczbą trzynaście, irracjonalna wiara, że liczba ta przynosi pecha.
U progu jesieni życia odbiło nam. Sprzedaliśmy nasz mały, biały, wygodny domek i kupiliśmy ruderę na Pogórzu Izerskim. W dodatku jesteśmy przekonani, że była to najlepsza decyzja naszego życia.
niedziela, 15 maja 2011
piątek, 6 maja 2011
Koegzystencja
Spodziewałam się, że mieszkając na wsi będę dzielić chałupę z rożnymi - przeróżnymi zwierzakami: pająkami, muchami i komarami (wcale się wzajemnie nie wykluczają)...
Ba! chciałam mieć zwierząt jak najwięcej! Kozy, koty, kaczki i... koń!
4 x K!
Oczywiście życie zweryfikowało moje marzenia. Koty, owszem. Poza tym ślimaki i jeże w ogrodzie, a wróble pod powałą ;-) Ptaszki szybko zwietrzyły, że jest fajne lokum i dawaj - robić dziury w podbitce! Wkrótce moją przestrzeń dachową zamieszkiwało multum wróblich rodzin, które trudno było wyeksmitować - bo albo miały młode, albo właśnie szła zima... a przecież wróblowi mazurkowi grozi wyginięcie, więc jakże bym mogła ;-))
Część wróblich dziurek zajęły sprytne szpaki.
A więc na górze wróble, a na dole... myszki ;-) najpierw dokarmiane przeze mnie orzeszkami, serkiem i ziarnem, potem próbujące zjeść mnie jak króla Popiela... pogryzły nawet leki z apteczki ;-)
I wszyscy - szurum-burum - szurgotali na poddaszu po nocach.
Aż nagle zrobiło się cicho. To wprowadzili się nowi lokatorzy: kuny. Ślicznotki ;-) Nie zagrzeją przy nich miejsca myszy ani ptaki. Podbierają jajka u sąsiadki i przynoszą pod mój dach, żeby w spokoju skonsumować, często znajduję skorupki wokół domu. Tupią w nocy, a ich siuśki śmierdzą ostro lisim moczem...
Podobno... skutecznie odstrasza je zapach tygrysiej kupy...;-)
I teraz jest tak: leżę w łóżku, obok mnie Kremówka cichutko posapuje przez sen albo wyłożona brzuchem do góry chrapie głośno. Nad głową harcują kuny, robiąc tyle hałasu co stado tygrysów. Z czasem po kolei złazi się reszta zwierzyńca, żeby się przytulić... a ja przesuwam się na skraj łóżka. Wsłuchuję się w rytm drobnych kunich kroczków i zasypiam... Pełna koegzystencja ;-)
Ściskam czule na dobranoc ;-)
Ba! chciałam mieć zwierząt jak najwięcej! Kozy, koty, kaczki i... koń!
4 x K!
Oczywiście życie zweryfikowało moje marzenia. Koty, owszem. Poza tym ślimaki i jeże w ogrodzie, a wróble pod powałą ;-) Ptaszki szybko zwietrzyły, że jest fajne lokum i dawaj - robić dziury w podbitce! Wkrótce moją przestrzeń dachową zamieszkiwało multum wróblich rodzin, które trudno było wyeksmitować - bo albo miały młode, albo właśnie szła zima... a przecież wróblowi mazurkowi grozi wyginięcie, więc jakże bym mogła ;-))
Część wróblich dziurek zajęły sprytne szpaki.
A więc na górze wróble, a na dole... myszki ;-) najpierw dokarmiane przeze mnie orzeszkami, serkiem i ziarnem, potem próbujące zjeść mnie jak króla Popiela... pogryzły nawet leki z apteczki ;-)
I wszyscy - szurum-burum - szurgotali na poddaszu po nocach.
Aż nagle zrobiło się cicho. To wprowadzili się nowi lokatorzy: kuny. Ślicznotki ;-) Nie zagrzeją przy nich miejsca myszy ani ptaki. Podbierają jajka u sąsiadki i przynoszą pod mój dach, żeby w spokoju skonsumować, często znajduję skorupki wokół domu. Tupią w nocy, a ich siuśki śmierdzą ostro lisim moczem...
Zdjęcia stąd
Są pod ochroną. Podobno... skutecznie odstrasza je zapach tygrysiej kupy...;-)
I teraz jest tak: leżę w łóżku, obok mnie Kremówka cichutko posapuje przez sen albo wyłożona brzuchem do góry chrapie głośno. Nad głową harcują kuny, robiąc tyle hałasu co stado tygrysów. Z czasem po kolei złazi się reszta zwierzyńca, żeby się przytulić... a ja przesuwam się na skraj łóżka. Wsłuchuję się w rytm drobnych kunich kroczków i zasypiam... Pełna koegzystencja ;-)
Ściskam czule na dobranoc ;-)
poniedziałek, 2 maja 2011
Święto Lenistwa
Wczoraj, w dniu Święta Pracy, zrobiłam sobie Święto Lenistwa ;-)
Po tygodniu pełnym prywatnych kłopotów i wyzwań w pracy sama sobie udzieliłam dyspensy...
Do południa w szlafroku ;-) Herbatka, kawka, tosty... wszystko na ławeczce przy wschodniej ścianie chałupy, skąpanej od rana w świetle słońca.
Zrobiłam 182 zdjęcia i będę Was teraz nimi katować ;-)
Opadły płatki z drzewek wiśni, ale jabłonki są w rozkwicie.
To stara zdziczała jabłonka u mojej sąsiadki Stefanii
Dla Matrixa każdy dzień jest Świętem Lenia ;-))
Panienki nie mogą próżnować. Trzeba pomagać w pracach ogrodniczych i pilnować kości, bo rywalka czuwa...
A tak Szyszunia rozładowuje frustrację, gdy przegra z Kremówką w rywalizacji o zabawkę;-)
Niebo było cały dzień błękitne, słońce świeciło, przyroda buchała kolorami i zapachami... było leniwie i błogo, a teraz Was pewnie zamęczyłam...
Nie martwcie się, dzisiaj od rana tyrałam w ogródku i nie w głowie mi było robienie nowych zdjęć ;-) Zresztą, efekty tych prac nie były zbyt fotogeniczne, co innego TO:
Po tygodniu pełnym prywatnych kłopotów i wyzwań w pracy sama sobie udzieliłam dyspensy...
Do południa w szlafroku ;-) Herbatka, kawka, tosty... wszystko na ławeczce przy wschodniej ścianie chałupy, skąpanej od rana w świetle słońca.
Zrobiłam 182 zdjęcia i będę Was teraz nimi katować ;-)
Opadły płatki z drzewek wiśni, ale jabłonki są w rozkwicie.
To stara zdziczała jabłonka u mojej sąsiadki Stefanii
Dla Matrixa każdy dzień jest Świętem Lenia ;-))
Panienki nie mogą próżnować. Trzeba pomagać w pracach ogrodniczych i pilnować kości, bo rywalka czuwa...
A tak Szyszunia rozładowuje frustrację, gdy przegra z Kremówką w rywalizacji o zabawkę;-)
Niebo było cały dzień błękitne, słońce świeciło, przyroda buchała kolorami i zapachami... było leniwie i błogo, a teraz Was pewnie zamęczyłam...
Nie martwcie się, dzisiaj od rana tyrałam w ogródku i nie w głowie mi było robienie nowych zdjęć ;-) Zresztą, efekty tych prac nie były zbyt fotogeniczne, co innego TO:
Takie pudełko na przyprawy machnęłam sobie w ramach przerywnika w leniuchowaniu. Może go jeszcze bardziej postarzę?
Ściskam Was czule, moje cierpliwe czytelniczki ;-)
AKTUALIZACJA:
zdjęcia robione dzisiaj, 3 maja, w samo południe ;-((
środa, 27 kwietnia 2011
Wspomnienie
błogości minionych świątecznych dni. Chmurki kwitnących drzew mają w sobie coś kojącego.
Zapiaszczone nosy i różowe powiewające języki stoją na straży mojej względnej równowagi.
Ściskam czule
Zapiaszczone nosy i różowe powiewające języki stoją na straży mojej względnej równowagi.
Ściskam czule
Subskrybuj:
Posty (Atom)

