piątek, 30 września 2011

Między zmierzchem a świtem

czyli Europa nocą subiektywnie i wyrywkowo... czyli migawki z naszej podróży.
20 godzin na promie do Cherbourga. I znowu znaleźliśmy się w Normandii.

Opactwo Monte-Saint-Michel. Jeden z cudów architektury Francji, magiczne miejsce z niezwykłą historią. Niestety - sława ma swoją cenę: tabuny turystów, głównie Japończyków, nawet po sezonie i po zachodzie słońca. Mimo to udało nam się znaleźć trochę intymności...

Rouen już było, pamiętacie? Poprawiliśmy, tym razem bez pośpiechu ;-)

Przycupnięte w dolinie Renu słynne wśród winiarzy miasteczko Rüdesheim, otoczone winnicami, ma niepowtarzalny, trochę bożonarodzeniowy, klimat. Nasz GPS zwariował wśród jednokierunkowych uliczek, tak wąskich, że odruchowo wciągałam brzuch ;-) Obudził nas donośny głos dzwonów, zapowiadających cudowny dzień. Niestety, niezwykły urok tego miejsca zbladł wraz z brzaskiem... 

Wreszcie jesteśmy w domu, w komplecie ;-)
Ściskam czule!

niedziela, 4 września 2011

Tupecik czyli Inkwizycja mami ;-)

Trzeba mieć tupecik, żeby obiecywać gruszki na wierzbie, nieprawdaż?
Ale za dwa dni lecę po Padre i zabieram go do domu. A po drodze robimy sobie wakacje ;-)
No a tak pięknie, acz niefortunnie, się składa, że niedługo mój blog kończy roczek! Co jest dla mnie wielkim powodem do radości, bo - po pierwsze - oznacza to, że nie jestem tak do końca niekonsekwentna i nie zawsze mam słomiany zapał, a po drugie - po prostu bardzo go lubię! ;-) Nie spodziewałam się, że stanie się częścią mojego życia - a to dzięki Wam, drogie moje bloginie i oczywiście nieliczny, acz bardzo mile widziany, pierwiastku męski! ;-)
Aby więc podziękować Wam za czułą obecność i aby tradycji stało się zadość, chciałabym ogłosić, że Inkwizycja mami cukierkiem ;-) Mami, ponieważ cukierka jeszcze nie ma, a na urodziny bloga nie zdążę wrócić. Niemniej jednak pewne prace wstępne poczyniłam i chciałam pokazać Wam zajawkę cukierka, nieco już przeze mnie sponiewieranego.
Obiecuję, że po powrocie z urlopu ze zdwojoną energią zabiorę się za dopieszczanie "cukierka". Tymczasem wszyscy mogą zgłaszać chęć przygarnięcia tacy w komentarzach pod tym postem (i tradycyjne proszę o podlinkowaną informację na własnym blogu). Losowanie hmmm... no niech będzie za miesiąc, czyli 4 października.
Gratulacje i życzenia dla Inkwizytorium także można przesyłać od tej chwili ;-)) ...a co tam - może jeszcze przed wyjazdem zdążę przeczytać ;-)
Ściskam Was czule i znikam na trochę... będę tęsknić...

sobota, 27 sierpnia 2011

Plon niesiemy...

Plon mojej ogórkowej grządki. Dość mizerny, przyznacie ;-)
Za to dynie mnie nie zawiodły. Moje ukochane jesienne warzywo ;-) Pomijając walory smakowe, ma zniewalająco urocze kwiaty, a i owoce zachwycają - mnie przynajmniej - urodą.
W tym roku dzięki wielkiej serdeczności Bei (prowadzi świetny blog "Bea w kuchni" i tam też znajdziecie mnóstwo przepisów na dania z dynią w roli głownej), która podzieliła się ze mną nasionami, spodziewam się takich okazów: 
Hokkaido 'Potimarron'



Sweet Mama


Jarrahdale


Butternut
Tak, mam nadzieję, będą wyglądać;-) - zdjęcia pobrałam ze strony sprzedawcy nasion .
Codziennie po powrocie do domu i nakarmieniu inwentarza, robię obchód dyniowego poletka. Sprawdzam, czy niczego im nie brakuje i prawię czułe słówka ;-)  A one rosną!

Jarrahdale wspięła się po krzewie czarnego bzu, ukryła wśród listowia i dopiero wczoraj ją odkryłam ;-)  A dyniek Butternut jest naprawdę sporo! 
Co poza tym?... 
Żywopłot z hibiskusów pokrył się kwiatami, róże kwitną po raz drugi. 
A na polach już jesienne klimaty...
Chyba lato mamy z głowy ;-)
Ściskam czule! 

niedziela, 21 sierpnia 2011

Mielizna

Tak długo zbierałam się z ogarnięciem tego posta, że minęła pora deszczowa, a ja powoli nabieram wiatru w żagle  i tak jakby bardziej chce mi się chcieć ;-) Z prawdziwą ulgą kasuję więc te kilka smętnych zdań, które się w międzyczasie zdezaktualizowały, i piszę go od nowa. A tytuł zostawiłam jako memento...

Ale muszę zacząć od porządków:
Najmocniej przepraszam moje ulubione blogowiczki - jeśli nie zostawiłam u którejś z Was komentarza, to nie znaczy, że zignorowałam. To znaczy jedynie, że nie mogłam - choć na pewno próbowałam - bo albo się blogger zbiesił, albo internet domowy jest poniżej poziomu... a w pracy nie mam ostatnio warunków. 

Dziękuję najserdeczniej za kredyt zaufania i wyróżnienie od Megimoher - za czułość... dobrze, że nie za pracowitość ;-))) Masz rację, Megi, to dzięki innym blogom i klikaniu trochę "na intuicję" znajdujemy świetne miejsca w sieci... ja tak znalazłam Twój blog ;-)) a może to Ty mnie znalazłaś? 


"...teraz już będzie ciepło i ładnie, bo przecież to zasmarkane lato ma się ku końcowi, a jesień będzie piękna, złota i sucha..." Kaprysiu, trzymam Cię za słowo, niczego tak nie pragnę, jak żeby to "lato" się skończyło, bo w perspektywie mam piękną jesień ;-) Pracowitą i pełną uczuć ;-)

Po burzy zawsze świeci słońce i wtedy pojawiają się podwójne tęcze i złoty deszcz ;-)
(przysięgam, była podwójna i pełna, ale nie mogłam jej złapać w całości, bo wciąż lało)...
i szmaragdowe żuki ;-))
Koniec lata jest obfity i szczodry, zapowiadają się mimo wszystko jakieś zbiory. Tylko  krzaczki pomidorów musiały wylądować na kompostowniku.
Hordy szpaków objadają się owocami czarnego bzu, zachlapując wszytko dookoła fioletowym sokiem. A ileż robią przy tym hałasu! ;-)
Ostatnio  nie byłam zbyt  kreatywna , ale zrobiłam trochę przetworów. Ogórki z curry i w zalewie musztardowej, małe chrupiące ogóreczki słodko-ostre, sałatki warzywne, dżem z cukinii z kardamonem... a teraz jest czas malin ;-)
A  po pracy jest czas zasłużonego relaksu... ;-) Zdecydowanie bardziej lubię jesień...
Ściskam Was czule, życząc słonecznej i leniwej niedzieli!