niedziela, 28 lipca 2013

Najwyższy czas

...żeby coś skrobnąć na blogu.
Najwyższy czas trochę wyhamować, wyluzować z robotą, zbuntować się... tym bardziej, że organizm już protestuje.
Najwyższy czas pokazać Wam:
Podpisaliśmy umowę przedwstępną. Ale już czujemy się właścicielami ;)  i otaczamy Dom opieką.
Jeździmy tam co weekend, mościmy się, rozpalamy grilla, otwieramy szeroko okna i wietrzymy, wpuszczamy słońce, mierzymy i fotografujemy, oswajamy, odkrywamy niespodzianki (nie zawsze miłe... ale często bardzo ekscytujące), kosimy, przedeptujemy hektary;)


 

Potem w domu projektujemy, snujemy plany...
Fajnie;)
Nie przewidujemy wersji, że coś może pójść nie tak.

wtorek, 2 lipca 2013

Jestem niewolnikiem

Codziennie z wielkim żalem wsiadam do samochodu i jadę do miasta świadczyć usługi jako pracownik najemny. Od jesieni robimy duży projekt marketu znienawidzonej przeze mnie sieciówki... i jakoś tak się porobiło - jak to się mogło stać?! - że zostałam obciążona odpowiedzialnością, do której się nie poczuwam, i rolą, w której źle się czuję. Tymczasem rozpoczęła się budowa, więc nerwy są.  Wszyscy doginamy ostro.

A kiedy już wracam, po dziesięciu godzinach spędzonych przed komputerem, nie bardzo mam siły i ochotę na siadanie przed nim znowu. Zerkam tylko na ulubione blogi, rzadko zostawiam komentarz, brak mi weny i dowcipu, wybaczcie.

W międzyczasie, jak słusznie zauważyła MegiMoher gdy wreszcie udało nam się spotakć, wiosna minęła - nie wiadomo kiedy. I tak była jakaś... dziwna, mało wiosenna. Słodkie róże i kaskady petunii poszarpały ulewy, pąki piwonii zgniły, nie zdążyłam nacieszyć się rozkwitem. Nieuchronna kolejność zdarzeń jest kojąca, ale dlaczego ten zegar tak przyspiesza?! Już czerwienią się porzeczki i wiśnie. Zaraz zaczną szaleć cukinie i dynie;)  Ogródek ma swoje prawa. Podlewam, nawożę pokrzywową gnojówką, przycinam, unicestwiam ślimaki... nie koszę;)
Zaczęło się lato, a ja dalej w niewoli, choć snuję plany ucieczki;) Muszę wytrzymać w pracy, dopóki nie dostanę kredytu... dopóki nie kupimy nowego domu i nie sprzedamy starego. Z poprzednim Miejscem nie wyszło - właściciel wystawił nas do wiatru. Nowe jest w rękach 13 (!) spadkobierców, których trzeba zebrać w jednym miejscu i czasie, by sfinalizować transakcję. Na szczęście trzynastka jest dla mnie szczęśliwa ;) 
Czule ściskam
Inkwi-zniewolona;)


środa, 15 maja 2013

Obrazki z prowincji

Jak się mieszka na prowincji komuś, kto przeprowadził się z dużego miasta? Przyjemnie... jeśli trafił do Jeleniej Góry. To urocze miejsce. Wszędzie jest blisko. Wystarczy podreptać do końca ulicy i już jesteśmy w lesie, a góry są na wyciągnięcie ręki. Idealnie na spacer z psem;)

10 minut marszu w drugą stronę i trafiamy na Rynek - akurat na Międzynarodowe Targi Turystyki. Za 5,50 PLN można kupić wegetariańskiego mega-tosta i zanim się go zje, już kończy się brukowany kocimi łbami deptak wzdłuż zabytkowych kamieniczek, więc trzeba zawrócić i mając znowu wolne ręce można zrobić trochę zdjęć. 



Kiedyś Jelenia Góra była dla mnie punktem przesiadkowym do wypadów w Karkonosze czy Izery, miejscem sentymentalnym, celem romantycznych wypadów z Wrocka na piwo;) Marzyłam, żeby tu zamieszkać. A w ten weekend pojechałam odwiedzić córcię, zięcia i ich psa;)
Wynajęcie małego domku z ogródkiem, widokiem na Szrenicę i przemiłymi sąsiadami, jest w zasięgu finansowym młodego małżeństwa na dorobku. Dlaczego więc stają się obiektem zdziwienia, gdy informują, że wyprowadzili się z Wrocławia na prowincję? Bo tendencje są akurat odwrotne. Może dlatego, że o pracę ciężko.
Ale jeśli ma się dość życia w wielkim mieście (chociaż czasami się za nim tęskni ;-)) i konkretne plany na przyszłość, to o miejsce pracy trzeba się postarać samemu. Zazdroszczę mojej córce, że miała dość odwagi i konsekwencji, aby swój pomysł na życie realizować krok po kroku, więc tym bardziej jej kibicuję i wspieram. Mnie zabrakło jednego i drugiego i cóż - wiodę smutny żywot niewolnika...
A w Farmie Form korale jak cukierki... do wzięcia - losowane przez zięcia ;)
Zapraszam i życzę szczęścia ;)

sobota, 4 maja 2013

Wodny ogród w kolorze blue

Czekałam na ten osławiony Dłuuugi Weekend i cieszyłam się jak dziecko. Cały tydzień wakacji!

Miały być nieśpieszne śniadania pod kwitnącą wiśnią, dużo dobrych książek i same dobre uczucia. I co?
Ano totalna klapa. Tylko wisienka stanęła na wysokości zadania i niezawodnie zakwitła.

Dobrze jest wiedzieć, że na czymś można polegać.

Tymczasem w ogrodzie mamy tradycyjnie staw. Panienki przeszczęśliwe ;)

Podwodny tulipan

Świetliki wodne

Wodołaz...

...i pies błotny

Powinnam się cieszyć przynajmniej z tego, że nie musiałam chodzić do pracy. Ale jakoś tym razem to nie wystarcza.

Pozdrawiam i do lepszego;)