niedziela, 10 listopada 2013

Życie towarzyskie Izerii

Wciąż nie mamy wody, ale mamy internet. I działające WC ze spłuczką! (woda ze studni-piwniczki okazała się zdatna jedynie do tego). Dzisiaj od rana szalała na naszej posiadłości koparka, odkopywała i zakopywała, skutkiem czego mamy podłączoną oczyszczalnię i działającą kanalizację. Niestety pierwszy studniarz nie spełnił naszych oczekiwań, a nowy przyjedzie dopiero w poniedziałek.
Spragnieni kąpieli i obłożeni stosami brudnych naczyń przyjmujemy więc gości, którzy przywożą zazwyczaj wino zamiast wody ;)
Odnoszę wrażenie, że nasze życie towarzyskie nigdy nie było tak ekscytujące ;)
W ciągu ostatniego tygodnia odwiedzili nas: 
Przemek i Bogusia z Rząśnika oraz Sąsiad. 
Megi z TP i Agatą (a potem obsmarowała nas na swoim blogu). 
Kyja z Uczestnikiem (i Jagódką w aucie). 
Świadkowie Jehowy - zostawili ulotki.
Pan Mirek od hydrauliki. Bardzo fajny i kompetentny gość.
Moi rodzice i siostra ze szwagrem - jestem im wdzięczna, że się nie załamali, co więcej - dostrzegli uroki i "potencjał" mimo tego, że sami wprowadzają się właśnie do ślicznego NOWEGO domu ;)
I takie dwie mamy z synalkami nas naszły ;)
A dzisiaj rano wpadł Sąsiad na herbatkę. Miał wziąć od nas chłopaka do roboty, ale się nie pojawił (chłopak, znaczy się, bo Sąsiad i owszem ;)) I umówiliśmy się na jutro na popijawę (w zależności od rodzaju alkoholu jedno z nas będzie prowadzić... ja wolę winko, Padre - łyskacza)
Ale, ale: zaraz potem zadzwoniły ZiŁy i zaprosiły nas na urodziny ;) To nasze pierwsze "wyjście", odkąd jesteśmy tutaj. Tylko że będziemy w ciuchach mało wizytowych, Padre nieogolony, a ja to chyba założę czapkę...
I nasz najśmieszniejszy, najbardziej od czapy gość: mały biszkoptowy kundelek, który stawia się pod domem skoro świt i zostaje do zmroku.

Najbardziej dziwne jest to, że nasze panny nie znoszą małych szczekliwych piesków i zazwyczaj je gonią albo poniewierają, a tym razem... chyba się lubią, w każdym razie bawią się i zgodnie biegają stadem. Może dlatego, że Biszkopcik był miły i w ogóle nie szczekał? Wyglądają razem prześmiesznie ;)
---------------------------------------------------------------------------------------------
Tak w ogóle, to zaczęłam pisać ten post wczoraj, ale nie zdążyłam opublikować, bo padł nam internet ;) dzisiaj jesteśmy już po imprezie urodzinowej u ZiŁów - przy wielkim stole spotkali się sami 'straceńcy' i było cudnie... przeplatały się historie i anegdoty... a wniosek jest jeden: to była najlepsza decyzja naszego życia. 
To jeszcze wczorajszy zachód słońca...
i garść detali z dzisiaj:
Ściskam czule, i.




 

wtorek, 22 października 2013

Odkrywamy

Powinniśmy się śpieszyć. W styczniu musimy oddać Mały Biały w ręce Nabywców i zamieszkać w Domu. W samym środku zimy, co to podług ruskich prognoz ma być naprawdę sieriozna. Jednakowoż zamiast pośpiesznego przystosowywania (do zamieszkania) powoli odkrywamy. Mozolnie, a czasem mimo woli.

Przede wszystkim odkryliśmy mury Domu. Wygląda teraz bardziej dostojnie z jednej strony, a dziurawo z drugiej.

Odkryliśmy z gąszczu samosiejek wiekową lipę. Baliśmy się, że choruje, bo ma spróchniały w środku pień, ale Megi+TP swoim autorytetem zawyrokowali, że jest dobrze, lipa wymaga tylko lekkiej kosmetyki. Prosty piling i lifting ;) Mamy zamiar długie lata biesiadować pod jej liściem a odpocznąć sobie ;)

Studnia-piwniczka odkryła przed nami swą mroczną tajemnicę: hydrofor został rozsadzony przez wodę, której nikt nie spuścił na zimę;  co prawda woda nie nadawała się do picia, ale mieliśmy nadzieję, że będzie chociaż do mycia i spłukiwania... wiecie czego. Nic to - trzeba wiercić nową studnię.
Wreszcie udało mi się upolować zachód słońca (wschód przespaliśmy...)

Odkryliśmy też, jak fajnie jest, gdy przyjeżdżają do nas znajomi i przyjaciele... kiedy możemy ich usadowić przy stole w sadzie... i odkrywać tajemnice Domu i rodziny S. (naszych trzynastu spadkobierców ) przeglądając stare zdjęcia, które pozostały nam w spadku. Mimo że warunki spartańskie i wciąż za potrzebą trzeba latać do sławojki ;)

Nic nie idzie tak szybko i prosto, jak byśmy sobie życzyli. Ale nie spinamy się, chcemy mieć z tego jak najwięcej frajdy, zresztą... nie ma już odwrotu.
A jesień jest dla nas wyjątkowo łaskawa ;)
Jutro składam wymówienie, będę pracować tylko do końca roku. I tak żałuję, że umykają mi takie wyjątkowe chwile. Padre sam tkwi na posterunku - dzisiaj, na przykład, poznał leśniczego i odkrył, że mamy skrzynkę pocztową ;)  ja z panienkami dojeżdżam tylko na weekendy, a kiedy w poniedziałek jadę do roboty, czuję się, jakbym wracała z innego świata...
 
ps

Stołeczek nocniczkowy miał iść do pieca, ale obdarzyliście go taką życzliwością ;) że zostanie poddany renowacji i trafi do "skansenu" ;))
Maszyny wyglądają na sprawne, wymagające tylko konserwacji, ale pudła są bardzo zniszczone. Zresztą... wszystko w tym domu jest zniszczone, zaniedbane, a najbardziej on sam.
Ściskam czule ;)


wtorek, 15 października 2013

Pierwsza noc

...w Domu już za nami. Było romantycznie, przy świecach (bynajmniej nie dlatego, że nie mamy prądu), ciepło i przytulnie, piliśmy porto i zakąszaliśmy świeżymi figami prosto z Bułgarii i boskim cheddarem na guinnessie ;)
Cały dzień sprzątałam i udało mi się odgruzować JEDEN pokój. Bez mycia okien, bo na szczęście okazały się całkiem przyzwoitej czystości ;) Za to z omiataniem kilkuletnich pajęczyn i wyrzucaniem niezliczonych worków pozostałości po poprzednim lokatorze, włącznie ze zmurszałą kanapą, przez wąskie, bo z słupkiem pośrodku, okno.
No i teraz mamy taki apartamet ;)
Padre usiłował uruchomić / oczyścić studnię, ale niestety wciąż nie mamy wody. Była mocno zanieczyszczona, trzeba było wypompować jej zawartość po dwakroć, a i tak będzie konieczne wypompowanie jeszcze kilka razy. Studnia wygląda na bardzo starą, co najmniej z połowy XIX wieku - wykuta w skalnym podłożu, zbudowana z kamienia spoinowanego gliną, spód cembrowiny jest z belek drewnianych.


Za to mamy lodówkę ekologiczną, w pełni energooszczędną ;) wystarczy wyjść na korytarz. Zimą będzie tu zamrażarka.


Pomału przekopujemy się przez pokłady historyczne. Większość to śmieci, ale nawet wśród śmieci prawdziwi zbieracze mogą znaleźć coś pięknego ;)
jest cały zbiór ramek sudeckich
cudne monidło ;)
resztki kafli z korony pieca... szkoda, że nie ma więcej ;(
Zachody i wschody słońca zawiodły całkowicie. Wieczorem i przed świtem padał deszcz, a poranek przywitał nas spowity mgłą. Ciepły, wilgotny, miękki i tajemniczy, absolutnie cichy. Bez krztyny słońca, a jednak uroczy...

W pokoju obok naszego lokum stoi taki fajny mały piecyk, "ramiak" - zobaczcie jaki mały w porównaniu z drzwiami. Tym piecykiem grzejemy przestrzeń, a ciepełko dochodzi do nas rurą dymową. Palimy w nim, czym popadnie - drewna jest mnóstwo ;)
...na przykład taki nocnikowy stołeczek...
W ogóle dom jest obliczony na kurdupli. Parapety od strony frontowej są wprost stworzone dla panienek, aby mogły kontrolować wjazd. Biedny Padre co i rusz strzela się czółkiem w niskie belki albo ościeżnice (ja mam zdecydowanie łatwiej). A już zupełnie absurdalne są drzwi wysokości 140 czy 150 cm w zestawieniu ze stołami, których blaty sięgają nam pod brody.
Ale co najważniejsze - znaleźliśmy wyrytą na podmurówce stodoły datę: 1876. To musi być rok rozbudowy... sądząc z konstrukcji część mieszkalna była przebudowywana, najstarsza - ta najbardziej zniszczona - jest obora, a stodoła dobudowana najpóźniej. Tak przynajmniej podejrzewamy. Może uda nam się dotrzeć do jakichś dokumentów?

Tak wygląda Dom od tyłu w scenerii jesiennej - widok na stodołę i zawaloną oborę.
A tak - Izery pochmurnym popołudniem.
Bywają chwile, że jesteśmy przerażeni. Ale częściej zachwyceni.
Ściskamy czule wspierających nas w szaleństwie ;)