sobota, 16 sierpnia 2014

Wrocławianie, potrzebna pomoc

Gosiance Wrocławiance zaginął ukochany kot Kayron.

Poszukuje go bezskutecznie od kliku dni. Cała historia opisana jest na blogu.
Nie muszę chyba pisać, jak wielka jest jej rozpacz.
Jeśli ktoś może pomóc...

sobota, 5 lipca 2014

Kreacja

Kiedy po kolejnym dniu pełnym znoju, potu i krwi wokół naszych "bezobsługowych" zwierząt, późnym wieczorem - lub wczesną nocą - usiadłam w moim śliwkowo-wiśniowym sadku, z jagniem na kolanach (waga: 6500 g), z ukochaną białą suką i stóp i z kieliszkiem wina (a nawet drugim)
z oddali dobiega muzyka biesiadno-weselna: jesteś szaloonaaa...
a wokół taniec świetlików (czy uwierzycie, że zobaczyłam je pierwszy raz dopiero tutaj, gdy wleciały do naszej sypialni?)
pomyślałam sobie: nieustające wakacje...
Hmm.
Niektórzy lubią czynny odpoczynek ;)

Na życzenie - Jagnię:

Niestety nie chce się załadować żaden filmik, a widać na nich, jak Soya śmiga w podskokach i pokazuje ząbki... 

piątek, 13 czerwca 2014

Liczenie owiec

Codziennie przez trudny i dziwny czas między snem a jawą, między brzaskiem a porankiem, przepływam z kubkiem kawy z mlekiem, podanym litościwie przez Padre. Kiwam się oparta o poduszkę i w półśnie zerkam na obietnicę pięknego dnia, wyświetlaną za oknem.
Pospałabym jeszcze, ale taki piękny dzień dzisiaj... - ten tekst słychać u nas co rano ;)
Pierwszą czynnością po zwleczeniu się z łóżka jest rytualne licznie owiec. Idę na pastwisko, sprawdzam elektrycznego pastucha, a potem liczę.
Raz, dwa, trzy... siedem, osiem. Niezupełnie się zgadza. Powinno być dziesięć, ale owce o poranku zalegają w postaci skłębionego kołtuna. Podchodzę bliżej i w kołtunie objawiają się owce o dwóch głowach lub podejrzanie dużych korpusach. Trzeba je troszkę rozruszać i rozluźnić kołtun, żeby liczba się zgadzała.
Mamy jedenaście owiec. Dziesięć na pastwisku. Jedenastą maleńką w domu.
Soyka pachnie mlekiem, siankiem i odrobinę owcą. Futerko ma poskręcane w pierścionki jak karakuły, całkiem czarne, tylko na pyszczku i za uszami siwe. Kopytka są jeszcze nie zużyte i lśnią, jak lakierowane. Na główce wyrastają jej maleńkie różki, wielkości główki od szpilki ;) 

Soya skończyła już 10 dni, a my wciąż drżymy o jej życie. Dni, kiedy wydawało się, że już najgorsze za nami, przeplatają się z kolejnymi kryzysami. Złamanej nóżki niestety nie udało się uratować i konieczna była amputacja.
Nasza nowa wetka, Stefi, Niemka, mieszka w tej okolicy już 21 lat. Jest prawdziwym weterynarzem z powołania ;) Wspiera nas, ratuje i odpowiada cierpliwie na moje rozpaczliwe telefony, a małej Soyce okazuje mnóstwo serdeczności ;) Nie przeszkadza jej, że nie ma lekarstw dla jagniąt - bo przecież nie opłaca się ich leczyć. Dzięki jej radom jakoś funkcjonujemy ;)
Mamy za sobą nieprzespane noce, karmienie owieczki strzykawką, opatrunki, biegunki i kroplówki...

Dzisiaj Soya radzi sobie względnie dobrze, sprawnie kuśtyka na trzech nóżkach, zaczęła znowu ssać łapczywie mleczko z butelki. W ogrodzie starannie obwąchuje każdą trawkę i liść, wczoraj pierwszy raz skubnęła trawki. I oby tak zostało!
Za Krimą biega jak za matką. Jak tylko traci ją z oczu, rozpacza wniebogłosy! Krimcia jako porządna owcza matka oblizuje jej pyszczek z mleka i dupkę z... wiecie czego ;) 
Żeby zasnąć, musi się przytulić, najchętniej do mojej szyi. Oczywiście śpi z nami w łóżku - kto by tam wstawał w nocy do owcy ;))
I wiadomość z ostatniej chwili:
wszelkie znaki pokazują, że srokata klacz Oda oźrebi się lada moment... może tej nocy? O rety...


wtorek, 3 czerwca 2014

Kłopot albo niespodzianka

Cóż bowiem znalazłam, robiąc dziś rano obchód pastwiska? Maleńkie jagnię ze złamaną nóżką, porzucone przez matkę i resztę stada. Płaczące wniebogłosy.

Tylko dlatego je zresztą znalazłam. Wszyscy od dawna siedzą na górnym pastwisku, a malec leżał na dolnym. A jakieś przeczucie miałam i tam poszłam.
Nie powiem, wkurzyłam się i k***y leciały. To miały być młode roczne owieczki, jarki, bez żadnych ciąż! A tu jakaś młoda matka znienacka urodziła i okazała się być zupełnie nieogarnięta.
Zawinęłam maluszka w koszulę, zabrałam do domu i za telefon, szukać pomocy. Z gospodarstwa, z którego moje owce przyjechały, dostałam mleko zastępcze i butelkę ze smoczkiem. Mała - bo to dziewczynka! - ssała tak łapczywie, że maleńką porcję zjadała w sekundpięć ;) A potem ssała mój palec i poczułam, że ssie mocno i jest bardzo silna. Tylko złamana nóżka jej smutno dyndała...
Nosiłam ją więc przy piersi, tuliłam i karmiłam co 1,5 godziny, czekając na wetkę. Próby odłożenia do koszyka kończyły się donośnym bekiem! Wetka złożyła nóżkę, unieruchamiając ją szczapką drewna, dała lekarstwa przeciwzapalne i przeciwbólowe i szczepionkę na część chorób (jako, że siary nie udało nam się zdobyć). 
Wydawało nam się, że najlepsze, co możemy zrobić, to złapać matkę i dostawić do niej małą. Ha. Złapać. Ale którą? Tą, która meczy na widok jagnięcia. 
No to zapraszam do nas na rodeo. Owce spieprzały aż miło, wszystkie. Skakały na metr w górę z rozwianym runem i dzikością w oczach. Złapaliśmy jedną i okazała się być niewinna ;) Pomógł nam przypadek: dwie owce zaplątały się rogami w siatkę i mieliśmy wielkie szczęście, bo jedna miała wielkie cycki ;) Z pomocą pana Władka rozdoiliśmy ją i jak tylko siara strzyknęła, przystawiliśmy jagniątko. Ależ ssała ;-)) Uff...
Na ten moment sytuacja jest taka: w przyszłej letniej kuchni (która była już stajnią i owczą izolatką) zrobiliśmy owczarnię, gdzie siedzi wyrodna matka i jej córka. Jeśli mała nie będzie ssała sama, trzeba będzie zdajać mleczko i karmić butelką. Ale jednak będą razem i może po kilku dniach jagnię nabierze siły i będzie ssać samodzielnie. 
A nóżka może się zrośnie.
Trzymajcie mocno kciuki!
Przedstawiam Wam nasze pierwsze jagnię:
Soya, ur. 3.06.2014, waga 2200 g ;)
ps
Dzisiaj ostatecznie zweryfikowałam wiarę w zwierzęta "bezobsługowe" ;)
ps2
Matka jednak nie chce karmić małej, nie daje się też zdoić - pozostaje butelka :(


sobota, 24 maja 2014

Kto chce zobaczyć...

...jakie przybyło nam towarzystwo na pastwiskach, tego zapraszam do Thrimy (prywatnie córki inkwizycyjnej).
Bo ode mnie to się raczej relacji nie doczekacie...
Jednakże ściskam czule,
Inkwi ;)

sobota, 3 maja 2014

Owieczki rogate

Nigdy nie myślałam o owcach. Miały być kozy, wymarzone. I będą... kiedyś. Jak się trochę bardziej ogarnę.

A owieczki są takie bezobsługowe ;-) Dlatego odważyłam się i oto - tydzień temu przyjechały!


Są piękne i każda inna. Jeszcze nieco nieśmiałe, nie dają się dotykać. Ale z każdym dniem pozwalają podejść bliżej.
To Szara Rogata Wrzosówka Lüneburska. Dziesięć rocznych panienek.
Pierwszy raz zobaczyłam je na blogu Rogatej Owcy. Wcześniej nie wiedziałam, że owieczki mogą mieć rogi. Pewnie nie tylko ja... jak tylko pojawiły się u nas, zaczęły się peregrynacje rodzin z dziećmi, żeby "obejrzeć te barany" ;-) Bo okazuje się, że wioskowe dzieci nie widziały barana ni owcy. Tak więc oprowadzałam wycieczki i cierpliwie tłumaczyłam, że one tak mają - wszystkie są rogate.

Na Akcji Owca mocno ucierpiał ogród - jeśli tak mogę nazwać hektar zarastającego w szalonym tempie areału, na którym usiłuję zorganizować warzywnik - oraz wciąż czekające na posadzenie kilkaset drzewek. Wszystkie siły zostały przerzucone na szykowanie miejsca dla naszego stadka. Zrobiliśmy porządne stałe ogrodzenie w miejsce elektrycznego pastucha, który stał się przyczyną traumy naszych psów... każdy oberwał prądem i teraz tylko zerkają lękliwie z daleka (przez pierwszy dzień nie chciały wychodzić z domu).
Nie muszę chyba dodawać, że remont Domu nie posunął się ani o cal... 


Zebrałam się do napisania tego posta dzięki kopowi od Megi, cudne zdjęcia rozwianych włosów wrzosówek są autorstwa ZiŁ, a Agniecha wspierała nas w krytycznych sytuacjach (o których być może napiszę... ale na wszelki wypadek nie obiecuję). Odwiedziły nas też dwie szalone dziewczyny na rowerach... i już umówiłyśmy się na rewizytę w lipcu, bo nie zdążyłyśmy się nagadać ;) Blogi rządzą!
Ściskam majowo,
Inkwi;)

piątek, 4 kwietnia 2014

Nie ogarniam

...się nie ogarniam ani całej reszty. Zapewne dlatego, że nie próbuję. Spraw do ogarnięcia jest tak dużo, że nie ma na to szans, a postanowiliśmy sobie z Padre, że nie będziemy się spinać. Więc robimy powoli i to, co się da. I ma nam to dawać frajdę, a nie stresować ;)

Ostatni czas był dla nas trochę pod górkę. Zostaliśmy okradzeni... chłopak, który pomagał Padre przy robocie, wpuścił złodzieja pod naszą nieobecność. Strata materialna była dość dotkliwa, ale dużo gorsze to, że straciliśmy zaufanie do tych ludzi. Długo nie mogliśmy się pozbierać i jakoś z tym pogodzić. Okazało się, że nie jesteśmy bezpieczni we własnym domu.
Aż odechciało mi się mieszkać tutaj... na chwilę.
...ale jak tu zrezygnować z TAKICH wschodów słońca?
Prawie gotowy garaż (zwany szopą) zwaliła nam potężna nocna wichura, złożył się jak domek z kart. 
Poza tym po osiemnastoletnim życiu odeszła nasza Kocica. Przeczuwałam to, widać po niej było wiek, już od jesieni była krucha i wymagała więcej troski. Ciężko się jej umierało i musieliśmy podjąć decyzję, żeby pomóc jej odejść bez niepotrzebnego cierpienia... Mamy więc tutaj pierwszy kamień, chroniący wieczny spokój naszego zwierzątka.
Kolejni pracownicy wykruszali się z różnych przyczyn, padł mit o chętnych do pracy ludziach w naszej okolicy.

Tak to zostaliśmy sami na placu boju i dłubiemy sami. Padre odbudowuje szopę, a w wolnych chwilach robi ławki do ogniska i zydelki. 


Ja zajmuję się głównie ogrodem. Bawię się z psami. Strrasznie dużo czasu zajmuje mi papierkowo-urzędowa robota, no ale ktoś to załatwić musi, padło na mnie ;)
brudny pies to szczęśliwy pies ;)

Moje prawie gotowe wały permakulturowe czyli przekładańce
Z różnych stron padają pytania o remont domu i prośby o pokazanie wnętrz. Hmm. 
Dom został starannie zabezpieczony na zimę. Mamy izby przystosowane do zamieszkania w całkiem godziwych warunkach (jest przestrzeń). I na razie na tym się zakres wykonanych robót kończy.
Jedynym pomieszczeniem, które się zmieniło radykalnie, jest tzw. przybudówka. Jest z niej wyjście bezpośrednio do ogrodu (do strefy grilla), więc będzie służyć za letnią kuchnię. Odgruzowałam ją, zrzuciliśmy przegniły sufit grożący zwaleniem się na głowę (z desek Padre zrobił skrzynie do warzywnika), tynki zostały skute i otwarte na świat zamurowane wcześniej okno z widokiem. Zrobiliśmy też wyjście dla Matrixa wykuwając kilka cegieł nisko nad posadzką.
było jeszcze gorzej, dużo gorzej...

przyszła letnia kuchnia
No i to tyle. Nie da się ukryć, że najbardziej obchodzą nas okolice domu i kwestie około-grillowe. To prawda, sezon już dawno został  u nas uroczyście i hucznie otwarty ;-)