niedziela, 18 stycznia 2015

Jak nie łapie się wrzosówek, czyli historia z dramatycznym antraktem i częściowym happy endem - odc. 4

Nastąpił dzień czwarty czyli - czwartek.


Niestety, żadna owca nie była tak miła, aby sama wrócić o poranku.
Pojechaliśmy więc my do nich... jak myślicie, gdzie? Oczywiście do Agniechy. Po drodze wszędzie widzieliśmy owce: owca-krzak, owca-pieniek, owca-kępa trawy... Mózgi tak się nastroiły na owce, jak na grzyby podczas grzybobrania. Jednak nie udało się znaleźć żadnej.

Agniecha częstuje nas gorącą herbatą; jesteśmy już zmęczeni, a Zorion kuleje. Tego dnia czeka nas powtórka z rozrywki: znowu idziemy na pastwisko na górkę i znowu jedna owca postanawia popłynąć. Biedna Ada znowu musi wskakiwać do rzeki ;) Stoi z owcą po jednej stronie rzeki, ja jestem po drugiej w ostatniej parze suchych butów, więc dzwonimy po ratunek do Padre. Czekamy i czekamy... Ada zaczyna jęczeć, że zamarzają jej stopy... okazuje się, że jakiś człowiek widział owcę i chcąc przekazać tą wiadomość, swoim autem skutecznie zablokował Padre wyjazd.

W końcu jest, wspólnie wyciągają owieczkę i ładują się do auta. Ja biegnę po drugiej stronie rzeki w stronę mostku, żeby mnie po drodze zgarnęli. Wsiadam... i widzę Padre zalanego krwią. Och, to on sam zdarł sobie kawał skalpu, zbyt nerwowo zamykając bagażnik... krew spływa mu z czoła po twarzy, ale dzielnie dowozi nas do domu.
Owca trafia do "letniej kuchni" w miejsce wczorajszej pływaczki, wypuszczonej rano na pastwisko. 

Wydaje nam się, że mamy dość na dzisiaj. Dzwoni Agniecha, że owce weszły do lasku na wzgórzu i włączyły tryb niewidzialności. Ada chce wracać do domu, wybierają się wieczorem do kina. Ja najchętniej zakopałabym się w łóżku. Ale nic z tego: Agniecha dzwoni po raz drugi, że jedna owca stoi przed stajnią, a konie spanikowane zrejterowały na górkę. Jedziemy, mając cichą nadzieję, że po prostu wygarniemy ją ze stajni. Agniecha przemawiała do owieczki, ale tej się w końcu znudziło słuchanie i zanim znajdziemy się na miejscu - rozpływa się w lasku. Rozglądamy się za nią, ale ostatecznie odpuszczamy. 
Podejmujemy szybką decyzję, którą drogą jechać do domu - wybieramy w lewo. Jesteśmy totalnie zaskoczeni, kiedy po drugiej strony rzeczki zauważamy kroczącą z godnością owcę. Zawracamy szybko do najbliższego mostu, wysiadamy i idziemy w jej stronę, a Padre jedzie odciąć jej drogę na mostku następnym. Owca nas zauważa i ucieka, Zorion stara się ją zatrzymać. Cwana ta owca, nie wskakuje do Mrożynki tam, gdzie jest głęboko, szuka płytszego miejsca, gdzie mogłaby spylić na drugą stronę. Na szosie widzimy jakichś ludzi, drzemy się do nich "łapcie ją!"... ale oczywiście są kompletnie zdezorientowani i nawet nie próbują. W końcu na płyciźnie Zorion ją łapie.
Ada już miała wskakiwać do rzeki po raz drugi w tym dniu, ale zauważa betonową półkę i staje na niej, przytrzymując owcę. Tym razem ja zjeżdżam na tyłku po mokrym śniegu i wlewa mi się woda do butów, jestem mokra od pasa w dół...
Za to owieczka jest prawie sucha. Dołącza więc do swojej koleżanki, tę noc spędzą w czwórkę, z Jagnieszką i Rupertem.

Finalnie mamy osiem owiec. Brakuje dwóch i Zygfryda.

Ada jedzie w końcu do domu i przekonuje się, że jej mąż wyszedł z domu rano, bez telefonu i dokumentów, bez swojego psa - i nie daje znaku życia. W krótkim czasie o tym, że Jarek zaginął, dowiadują się wszyscy, oprócz mnie. Ta wiadomość dotrze do mnie dopiero rano. Mogę tą noc przespać względnie spokojnie.


41 komentarzy:

  1. O boziu, zaczęło się najgorsze ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście znamy już zakończenie ;)

      Usuń
  2. Zwariować można z tymi owcami! Wy wykończeni a tu jeszcze w zanadrzu ta historia z zaginionym zięciem...Bardzo współczuję, droga Inkwizycjo!Jak dobrze, że przynajmniej Jarek sie odnalazł, bo z owcami, to pewnie never ending story...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydawało mi się wtedy, że to niemożliwe... że to jakiś koszmarny żart.

      Usuń
  3. Inkwi!!! nigdy nie zatrze Ci sie w pamieci poczatek roku 2015! czyta sie wysmienicie, ale jestem pewna, ze nikt nie chcialby doswiadczyc czegos w tym stylu...wnuki i prawnuki beda opowiadaly o tych zdarzeniach..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też kiedyś z przejęciem czytałam o takich historiach, wierząc, że mnie się nie przytrafią...

      Usuń
  4. Trzeba mieć tylko nadzieję,że wyczerpaliście limit całoroczny na nie miłe niespodzianki i reszta roku upłynie normalnie bez żadnych przygód tego typu:)

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja składam uszanowanie Zorionowi - co za cudowny pies!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zorion ma same zalety.:-)

      Usuń
    2. Zorion ma dopiero półtora roku, jak na tak młodego psiaka jest wybitnie dzielny i ogarnięty. Czasami mam wrażenie, że rozumie wszystko, co do niego mówimy ;)

      Usuń
    3. To skarb, nie pies. Nieszkolony przecież do łapania owiec. Talent, ot co.

      Usuń
    4. Do owiec zupełnie nie. Zorion jest szkolony na psa tropiącego, do szukania zaginionych ludzi (och!) i już jest w tym dobry. To prawdziwy "użytek" ;)

      Usuń
    5. Zorion jest moim guru;)))

      Usuń
  6. One sa fankami Mladza. I konie i owce. I krowy.
    Pare lat temu ganialam z kolezanka po Mladzu za krowami uciekinierkami. Zwialy z Przecznicy.
    Czytam Twoja relacje Inkwi i wydaje mi sie, ze snie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Mlądz to najpiękniejsze miejsce na ziemi. I nawet krowy , owce i konie to wiedzą.:-D

      Usuń
    2. Orszulko, mnie też się wydawało, że śnię... momentami.
      Coś może jest zakopane w tym Mlądzu? Może ta koniczyna czymś zaprawiona?

      Usuń
    3. Inkwi, to Agniecha czymś pola posypuje!

      Usuń
    4. Wiedziałam... Nie bez powodu tam u niej się okopały ;)

      Usuń
    5. Ekhm, ekhm. A myślałam że się nie wyda.

      Usuń
    6. Agnieszko, bądź koleżanka, użycz mi parę garstek tego "czegoś" ;)
      Nikita wywieziona?

      Usuń
  7. Niezły dreszczowiec z tego wychodzi. Dobrze, że przynajmniej już wiemy, że Jarek się odnalazł. Zawsze to trochę mniej nerwów :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja pierdzielę, to ja juz wolę swoje Absorbery...
    ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie? Tupaja, nawet gdyby ich było ze dwa razy tyle, jakoś to można ogarnąć, ale te łowce???;)))))

      Usuń
    2. Jasne... małe dzieci, mały kłopot... ;)

      Usuń
  9. jejku, ona mogą człowieka i psa wykończyć, te owce :)
    i tak patrzac z perspektywy, to dobrze, że dowiedziałaś się ostatnia o zięciu, jedna noc mniej nerwów :/
    grunt, że teraz jest już "po"

    OdpowiedzUsuń
  10. dowiadują się wszyscy, którzy używają fejsa;-)
    nie mogę się pozbyć wrażenia, że owce miały złowieszczy udział w dramatycznym antrakcie. Że gdyby nie owce... gdybyście odpuścili z tymi owcami...
    Ale co widzę. Zdjęcia powstały, "na bloga".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, myślałam o tym. Gdyby niedajbuk Jarkowi coś się stało, nigdy bym sobie nie wybaczyła, że choćby spojrzałam w stronę tych owiec...
      Jednakowoż racjonalnie myśląc, to tylko gdybanie... bo nawet gdyby Ada była wtedy w domu, spała by pewnie i niczego by to nie zmieniło...

      Usuń
  11. Zorion jest cudowny.
    Inkwi czy w nastepmnym rozdziale możesz nam wszystkim przypomnieć - PO CO WAM TE OWCE?
    ;))))
    buziolam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawam odpowiedzi. :-D

      Usuń
    2. Dla przyjemności, oczywiście! ;-D

      Usuń
    3. czyli na pomoc juz za późno ;)
      Inkwi ale jak tak lubicie, to wpadajcie zimą do nas.
      Z najwiekszą przyjemnościa udostępnie Wam nasz gorski strumyczek- nawet po pachy jak sie uprzecie ;))))))))

      Usuń
  12. Te owce i cały ten koszmarny zamęt to chyba chichot losu, który śmieje się z "bezobsługowych i bezproblemowych zwierzątek".
    Najważniejsze, że Jarek się znalazł cały i zdrowy

    OdpowiedzUsuń
  13. Jak ktoś do mnie przyjeżdżał na wieś, to zaraz słyszałam jaka tu cisza i spokój, i kurki, i kózka, no sielanka. Tak naprawdę, to książkę bym napisała; tyle historii dramatycznych,strasznych, i przyjemnych również, a najwięcej to zaskakujących dla każdego mieszczucha.
    Teraz mam tylko kurki w wolierze, żeby mi nie uciekły do lasu i żaden ptaszor się do nich nie dobrał czy lisek.

    OdpowiedzUsuń
  14. Słuszna uwaga - mamy stada dla przyjemności. I jest przyjemnie. Ale też równocześnie cały czas jest akcja - stado rodzi, choruje, ucieka, lub trzeba rozdzielać i pilnować, bo nie mogą być razem albo znów budować bo za mało mają miejsca i tak w kółko - no to po prostu sielanka wiejska. Hodowcy to dopiero muszą być twardzi ludzie. Albo nauczyć się tej twardości w boju. Oby nastał teraz dłuuugi czas nudy i spokoju Inkwizycjo.

    OdpowiedzUsuń
  15. Rumuńskie pasterki miały na połoninach długie kije, do poganiania stada i do podpierania się, może tego Ci zabrakło do zgonienia owiec w stadko:-) żarty żartami, ale to sytuacja wcale nie do śmiechu, kilka dni walczyć z owcami, daj panie Boże zdrowia; po tych doświadczeniach to pewnie jakieś ogrodzenie pastwiskowe ukróci ich zapędy ucieczkowe; czemu one takie dzikie? nie chodzą za swoją gospodynią! pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja w tym wszystkim jestem pełna podziwu dla Ady! Żeby tak rzucać się w tą rzekę w te i wewte ;) Dobrze, że Jarek cały, bo bym padła inaczej po tym poście. Zorionowi to medal się należy! A Padre został opatrzony? :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Zorion to wyjątkowy pies !!WYJĄTKOWY mądry i cierpliwy. medal to mało

    Teatru

    OdpowiedzUsuń

Jestem wdzięczna za każdy komentarz ;) Moderuję tylko te do starszych postów, aby mi nie umknęły.